Sprawdź, czy któraś z tych rzeczy brzmi znajomo.
Masz w szafce co najmniej trzy rzeczy z napisem „naturalny", których nie użyłaś ani razu od pół roku.
Kupiłaś kiedyś zioła w torebkach, zaparzyłaś raz, wyszło coś, co smakowało jak siano, i torebki leżą do dziś.
Widziałaś w sklepie słoiczek z napisem „według tradycyjnej receptury", zapłaciłaś za niego kilkadziesiąt złotych i szczerze nie umiałabyś powiedzieć, czy to cokolwiek zmieniło.
Myślałaś nieraz, że fajnie byłoby robić takie rzeczy samej, ale nie wiesz, od czego zacząć, więc nie zaczynasz.
I gdzieś z tyłu głowy siedzi ci przekonanie, że twojej babce to wychodziło, a tobie nie, i nie bardzo rozumiesz, dlaczego.
Rozumiem to. Sama tak miałam przez dwadzieścia lat. Nazywam się Zofia Wierzbicka. Nie jestem lekarką. Przez dwadzieścia lat jeździłam po polskich wsiach i spisywałam receptury od ostatnich kobiet, które je jeszcze pamiętały. Większość z nich już nie żyje. I powiem ci teraz coś, co zrozumiałam dopiero przy kuchennym stole pewnej kobiety pod Zamościem.
To nie jest tak, że tobie nie wychodzi
Ty nigdy nie robiłaś tego, co robiła twoja babka. Ty to kupowałaś.
I to jest cała różnica. Tylko nikt ci jej nigdy nie wytłumaczył, bo nikt nie miał w tym interesu, żeby ci to powiedzieć. Firmie, która sprzedaje ci suszony ziołowy fragment w torebce za 12 zł, zależy dokładnie na tym, żebyś dalej myślała, że to twoja wina, a nie brak jednej rzeczy: całości.
Rzecz, której nie da się zapakować do słoika
Kiedy zaczynałam jeździć po wsiach, myślałam, że zbieram przepisy. Składnik, ilość, sposób. Zapisać i gotowe.
Po kilku latach zrozumiałam, że przepis to była najmniej ważna część.
Bo za każdym razem, kiedy pytałam którejś z tych kobiet o recepturę, odpowiedź nigdy nie brzmiała „weź tyle a tyle tego". Odpowiedź brzmiała: kiedy się to zbiera, z czym się to łączy, jak długo i w jakiej kolejności się to robi, i co się robi obok.
„Dziecko, to samo nic nie robi. To się robi razem." (Pani Helena, okolice Zamościa)
I wtedy mi się to poskładało.
Te receptury nigdy nie były jednym składnikiem. Były zestawieniem. Kilka rzeczy razem, zebranych w swoim czasie, przygotowanych świeżo, stosowanych w jakimś rytmie, a nie raz na miesiąc, kiedy się przypomni.
Jeden składnik. Zmielony, wysuszony, zapakowany, leżący pół roku w magazynie. Wyjęty z całości, wyjęty z kolejności, wyjęty z rytmu. Sprzedaje ci się jeden element i nazywa się to „tradycyjną recepturą". A to nie jest receptura. To jest fragment.
Nie da się sprzedać kolejności. Nie da się zapakować pory roku. Nie da się wysłać kurierem tego, że coś robi się świeżo, w kuchni, we wtorek wieczorem. Więc sprzedaje ci się to, co da się zapakować, a resztę po prostu przemilcza. I dlatego kupujesz kolejny słoiczek, i dlatego znowu nic się nie dzieje, i dlatego zaczynasz myśleć, że to z tobą coś nie tak. Nie jest.
Dlatego nie usłyszałaś o tym od nikogo
I tu dochodzimy do rzeczy, która długo mnie złościła, zanim się z nią pogodziłam.
Nikt tej wiedzy nie zniszczył. Nikt jej nie zakazał. Nie było żadnego spisku. Ona po prostu przestała się komukolwiek opłacać.
Nie da się opatentować mniszka, który rośnie przy płocie. Nie da się zbudować firmy na czymś, co każda kobieta umie zrobić sama w kuchni z tego, co ma pod ręką. Nie ma marży na wiedzy, którą matka przekazuje córce za darmo przy stole.
Więc nikt jej nie bronił. Nikt jej nie uczył. Nikt jej nie zapisywał. Wystarczyło jedno pokolenie, które przestało patrzeć babce na ręce, i było po wszystkim.
Nie zapomniałaś tego przez lenistwo. Nie miał cię kto nauczyć, bo nikt na tym nie zarabiał.
Co robiłam przez dwadzieścia lat
Zaczęłam od sąsiadek mojej babki, bo jej samej nie zdążyłam zapytać. Umarła, kiedy byłam w mieście, a ja z sześćdziesięciu lat jej codziennej pracy umiałam odtworzyć trzy receptury. Trzy.
Potem jeździłam dalej. Lubelskie, Podkarpacie, Kielecczyzna, Kurpie, Podlasie.
Zawsze to samo. Kuchnia, cerata na stole, herbata, której nie wypada odmówić, i ja z zeszytem, zadająca pytania, które dla nich były absurdalne. „A ile tego?" „No tyle, żeby było dobrze." „A jak długo?" „Aż będzie gotowe."
Nauczenie się, jak przetłumaczyć „tyle, żeby było dobrze" na łyżki i minuty, zajęło mi lata. Ale to była właśnie ta część, której nie ma w żadnej książce i której nie kupisz w żadnym sklepie.
Do pani Stefanii z Kurpi jeździłam trzy razy. Za czwartym razem drzwi otworzyła jej córka i powiedziała, że mama zmarła w lutym.
Zdążyłam spisać od niej czternaście receptur. Nie zdążyłam czterech, o które chciałam dopytać. Tych czterech nie ma już nigdzie. Nie w książce, nie w internecie, nie w niczyjej głowie.
Mówię ci o tym wprost, bo chcę, żebyś zrozumiała, co się dzieje na twoich oczach. Ta wiedza znika, jedna kobieta na raz, i nikt jej nie zastąpi, kiedy zniknie ostatnia.
Muszę powiedzieć jedną rzecz wprost
Nie jestem przeciwko lekarzom i nie jestem przeciwko aptekom. Gdyby moja babka miała dostęp do połowy tego, co my mamy dzisiaj, żyłaby dłużej.
Nie namawiam nikogo, żeby cokolwiek odstawiał albo z czegoś rezygnował. To nie jest medycyna i nie udaje medycyny.
To jest domowa tradycja. Herbatki i ziołowe mieszanki, syropy i nalewki, maści i domowe kosmetyki, przetwory, sposoby na dom bez chemii. Rzeczy zwyczajne, codzienne i nasze.
Mój żal nie jest do medycyny. Mój żal jest do tego, że przestałyśmy umieć cokolwiek same.
Co z tym zrobiłam
Wszystko, co zebrałam, spisałam w jednym miejscu. Ponad sto receptur, przełożonych na normalne miary i normalny język.
Ale nie spisałam tego jak listy przepisów, bo już wiesz, dlaczego to by nie miało sensu. Przy każdej jest to, czego brakuje wszędzie indziej: kiedy się to robi, z czym się łączy, w jakiej kolejności i co jest obok.
Pod każdą jest napisane, od kogo pochodzi i z jakich okolic. To dla mnie ważne. To nie są moje receptury. Ja je tylko zapisałam, tak jak mi je podyktowano, słowo w słowo, tam gdzie się dało.
Ponad sto receptur od kobiet, których już nie ma, ułożonych tak, jak mi je dyktowały: co, kiedy, z czym i w jakiej kolejności. Nie lista składników. Cała wiedza.
- Ponad 100 receptur: herbatki i mieszanki ziołowe, syropy, nalewki, maści, przetwory, domowe sposoby na dom
- Przy każdej: pora roku, sposób przygotowania, z czym łączyć, jak długo stosować
- Pochodzenie każdej receptury: od kogo, z jakich okolic, spisane tak jak mi ją podyktowano
- Zero żargonu, zero „tyle, żeby było dobrze". Normalne miary, normalny język
Bo prawda jest taka, że nikt cię tego już nie nauczy. Kobiety, od których to spisywałam, w większości już nie żyją. Ja mam sześćdziesiąt trzy lata. Po nas nie ma nikogo, kto pamięta to z domu.
Ktoś musi to podnieść. Jeśli nie ty, to nikt.
Materiały mają charakter informacyjno-edukacyjny, dotyczą domowej tradycji, nie zastępują porady lekarza ani farmaceuty. Przy jakichkolwiek dolegliwościach, ciąży, karmieniu piersią, przyjmowanych lekach lub chorobach przewlekłych skonsultuj się z lekarzem przed zastosowaniem ziół lub receptur.
